28 kwietnia 2017

Czy to już koniec? Gorączka, 8 dni, trzy tygodnie...

Mamy piątek, jak się okazuje... drugi dzień bez gorączki? Naprawdę? Pytam retorycznie... sama siebie. Skończyła się? Na pewno?

Jesteś pewnie w drodze na wymarzoną majówkę, a może w myślach już się pakujesz, by jutro po skończonej pracy wsiąść w auto i przejechać pół Polski odetchnąć górskim powietrzem. Nawet zimowa pogoda tej wiosny nie zepsuje Ci tego czasu... a Ja? 
Wiesz o czym marze, Ja? ...by móc po trzech tygodniach przekroczyć próg domu i wyjść, w spokoju, bez obaw, że zaraz znowu się zacznie, wyjść, tak po prostu, na spacer, przysiąść na ławce i chociaż chwilę pooddychać świeżym powietrzem, z Nimi.. bo ile można siedzieć w domu i liczyć, że w końcu sobie pójdzie?! Zostawi Nas i najlepiej schowa się gdzieś głęboko i nie zafunduje Nikomu tego co Nam, nie życzę.

Miałaś kiedyś gorączkę? Czym właściwie jest gorączka? Podwyższoną temperaturą i już? A może dopadła Cię kiedyś, zaskoczyła, a ty nieprzygotowana, nawet nie mogłaś się bronić? Źle się wtedy czułaś? Miałaś dreszcze, leki nie pomagały, było na przemian zimno i gorąco, nie miałaś sił, leżenie sprawiało ból, a o jakimkolwiek ruchu nie było mowy?
...a czy Twój Maluszek miał kiedyś gorączkę?

Mieliście?

To wyobraź sobie, chociaż spróbuj, kiedy pod opieką masz troje, małych, gorączkujących dzieci. Niewyobrażalne?
W takich chwilach zastanawiam się jak dają rade samotne mamy? Jak dają te z Was, które mają czworo i więcej dzieci? Szacun! Brak dodatkowych rąk do pomocy dołuje, a pomóc trzeba, teraz, natychmiast, już!

Ja nawet nie mam pewności czy to już za Nami, nadal chłopaki biorą antybiotyk i to pierwszy raz, w którym sama chciałam, by go dostali. Już nie mogłam patrzeć jak się męczą...
...bo Wy wiecie, że przez pierwsze doby (ok. 3 dni) gorączkę leczy się doraźnie, znaczy zbija kiedy jest, np. środkami przeciwgorączkowymi i tyle. 

To była Nasza pierwsza w życiu "przygoda" z gorączką, jak dotąd nie pojawiła się nigdy wcześniej, a teraz chyba chciała nadrobić stracony czas, była nieugięta, nie dała się zbić, nie chciała odpuścić, trzymała w swoich nieczułych objęciach moich kruchych synów 8 długich dni, a jeszcze dłuższych nocy.
I gdybym wiedziała skąd się wzięła? Gdyby nasze przypuszczenia się potwierdziły wiadomo byłoby jakiego przeciwnika przed sobą mamy, a tak, zdałam się na doświadczenie swojej pani pediatry, chociaż po 4 dobie antybiotyku nabrałam wątpliwości w jego skuteczność, ona jednak rzeczowo wyjaśniała mi wszystko i jest w końcu lepiej... będzie dobrze!


Może jesteś młodą mamą jak ja? Może to twoje pierwsze dziecko? Może masz tyle samo pytań w głowie co i ja? I może tak jak mi, trudno Ci znaleźć na nie odpowiedź. To powiem Ci jak u Nas to wyglądało, mi taka informacja dwa dni temu, bardzo by pomogła. Wiedziałabym, że ten cholerny wirus, który zaatakował moje dzieciaki, ma takie objawy i mimo, że długo trwa, to mija!

Nie mamy pewności, ale najprawdopodobniej gorączka, która tak mocno wymęczyła moją rodzinę była wynikiem wirusa, który najpierw objawił się grypą żołądkowo - jelitową. Ktoś powie: "trzydniówka"? Błąd, u nas grypa utrzymywała się ponad tydzień. Koszmar. Dlaczego, bo jeden zarażał drugiego i nim nabrali odporności trochę to trwało. Pamiętam jak w Lany poniedziałek pierwszy raz chłopaki zjedli całe śniadanie, potem obiad. I w końcu ich nie bolało. Nasza radość była krótka, bo już we wtorek w nocy Tymek zaczął gorączkować. Uwierzcie mi, sądziłam, że to kwestia zębów, nawet powiedziałabym, że byłam pewna, bo przecież kilka dni wcześniej, kiedy wylądowaliśmy z mdlejącym Szymonem na nocno-świątecznej pomocy uzyskaliśmy informacje, że czasem w skutek wyrzynających się zębów temperatura wzrasta do 40'. Teraz już wiem, że to g... prawda! I tak, w tej swojej naiwności, którą obdarzyłam przypadkowego pediatrę tkwiłam do czwartku, by po konsultacji telefonicznej dowiedzieć się, że jeśli udaje się ostatecznie zbić gorączkę, nie ma żadnych innych objawów (kaszel, katar, wysypka) to obserwuje się dziecko i czeka do 3 doby, a dopiero wtedy działa inaczej. I zadziałaliśmy, bo wprawdzie, nie zaobserwowaliśmy niczego co wyżej wymieniłam, poza dziwnym stawianiem nóżek przez dwójkę moich chłopaków. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby chodzili na wyprostowanych nóżkach, nie cały czas, ale w większości. Zginali je normalnie, gdy siadali, nic ich nie bolało, gdy ich dotykałam, a jednak... Był wtedy taki moment, że myślałam, że to wynik podania im pierwszy raz paracetamolu, ale byłam w błędzie, bo kolejnego dnia tak samo nóżki zaczął układać Jaś. Uwierzcie mi, to był miniony weekend, rozpoczęliśmy dopiero leczenie antybiotykiem, gorączka rosła średnio co 6-7 godzin czyli tyle co działał ibufem, a do tego pojawiła się wysypka. To było kilkanaście bladoróżowych plamek na nóżkach, chwilowo też na rączkach, nie u wszystkich i nie w takiej samej ilości. I tylko gdy rosła temperatura. A rosła, najgorsze były noce. Pamiętam sobotnią, w której "cieszyłam się", że Szymek gorączkował dwie godziny wcześniej i już smacznie spał, gdy zaatakowało Jasia i Tymka, czego My z eM nie robiliśmy, by ich schłodzić i im pomóc. Koszmar dziewczyny, mówię Wam. To był ten moment, w którym dwie ręce okazują się niczym w porównaniu z potrzebami jakie trzeba zrealizować. 
Dziwny chód ustąpił w niedziele. On mnie tak bardzo nie przerażał, na pewno niepokoił, ale sądziłam, że to wynik osłabienia, bólu mięśni, jak przy grypie, przerażała mnie jednak niewiedza, przypuszczenia... z czym mamy do czynienia? Na wizycie domowej pediatra mówiła o szpitalu, prześwietlenu płuc i badaniach krwi, CRP więc myśli moje wariowały, do tego dochodziło gigantyczne zmęczenie. Fakty są takie, że to najprawdopodobniej było/jest powikłanie po jelitówce. Skoro chłopaki byli szczepieni na rotawirusy, musiał ich zaatakować np. norowirus.
I żebyście dziewczyny były pewne, oni bardzo wysoko gorączkowali, nie mieli żadnego kaszlu, kataru, jak gorączka spadała zachowywali się tak jakby w ogóle nie byli chorzy... ale z doświadczenia mojej lekarki wynikało, że gorączka taka może utrzymywać się nawet do 10 dni więc nie ma co czekać, trzeba działać.

Dziś jest drugi dzień bez gorączki, miewamy podwyższoną temperaturę, ale to tyle. Jesteśmy po zmianie antybiotyku i teraz jedyne o czym marze to by po jego skończeniu przyszła do Nas wiosna.... wiecie co mam na myśli?
...a i żeby było tego mało, to tak jak możecie przypuszczać, razem z gorączką zbiegło się nam wyrzynanie ostatnich zębów, trzonowce dają dodatkowo w kość. I niech was nikt nie wprowadzi w błąd, w tym przypadku może wystąpić gorączka ale 37,7' a nie 40'!

Miałam o tym napisać Wam wcześniej, nie spodziewałam się, że ostatnie tygodnie spędzimy na leczeniu i nie będę miała siły na nic poza wzmożoną opieką nad moimi maluchami, ale z miesiąc przed grypą, chłopaki mieli zapalenie oskrzeli. U Tymka było już słychać szmery z płucach. Nasza pediatra jak zakończyliśmy leczenie powiedziała, że cudem uniknęliśmy szpitala. Na sam dźwięk słowa szpital dostaję drgawek. Z trójką dzieci w szpitalnym pokoiku????
I wtedy też dziewczyny nie mieliśmy typowych objawów, choroba rozwinęła się dosłownie w weekend, bowiem w piątek zaniepokojona dziwnym kasłaniem Jasia pokazałam wszystkich chłopaków pediatrze (nie swojemu - błąd!). Osłuchowo wszyscy czyści, jedynie raz na jakiś czas zakasłał tylko On - Jaś.  Dostał syropek i już. We wtorek wszyscy już mieli zapalenie oskrzeli. Nie gorączkowali, nie mieli kataru, czasem zakasłali, a jakbyście na nich popatrzyły to w zachowaniu nic się nie zmieniło, żywioły jak zawsze.

Co się zmieniło w moim postrzeganiu świata? Reaguję jak oparzona na teksty typu: "muszą się wychorować", "zobaczysz jak pójdą do przedszkola, wtedy się zacznie", "mam tylko katar, w czym problem?"itd
...a i dla Idiotów mam radę: gorączkujących dzieci się nie odwiedza! Nie wpada z czekoladką, bo ma się właśnie czas. Nie zabiera się na spacer, bo ładna jest pogoda i nie podrzuca babci, by się nimi zajęła!

17 marca 2017

Trzy Dwójki czyli 22 miesiące Osków i 2 lata bloga

Dwa lata. Szmat czasu za Nami...
24 miesiące blogowania. 22 miesiące zupełnie innego życia. Życia z najfajniejszymi mężczyznami jakich miałam przyjemność kiedykolwiek poznać. Sorry eM, Ty wiesz jak jest :) 
...ale może od początku...
Marzec to miesiąc, w którym chłopcy skończyli 22 miesiące. Za dwa, skończą 2 lata! Wow! Z jednej strony wydaje się to takie niewiarygodne, z drugiej jednak, jestem tu, patrzę na Nich, widzę jak się zmieniają i wiem, że to już tyle czasu za Nami. Chcę więcej, bo to co minęło było piękne, pod wieloma względami, ale to co dzieje się teraz jest... niesamowite. To będzie najlepsze określenie tego co dzieję się w Naszym domu. NIESAMOWITE!

Zróbmy tak, opowiem Wam pewną historię...

Gdzieś daleko, za lasami, za rzekami.... a może i całkiem blisko, bo parę domów od Ciebie, kto wie? Na pewno tam, gdzie słońce wschodzi wysoko, gdzie słychać ptaków śpiew, gdzie unosi się zapach domowego ciasta, mieszkają Oni. Nieziemsko przystojni jak na swój młody wiek, nad wyraz dojrzali, co zupełnie do Ich wzrostu nie pasuje, uroczy, uczynni, uśmiechnięci i wiecznie czymś zajęci. Pochłonięci poznawaniem otaczającego świata zupełnie nie dostrzegający jakie zainteresowanie sobą wzbudzają. Razem tworzą idealnie zgrany zespół. Rozdzieleni, zawsze w ostateczności poszukują siebie nawzajem. Tajemniczą więzią połączeni. Dbający o siebie i wspierający się od pierwszych wspólnie stawianych kroków, niepozwalający pozostać drugiemu w tyle. Trochę na przekór "wiecznej widowni" zupełnie różni od siebie. 

Szymon, pieszczotliwie przez Mamę nazywany Muszka, najstarszy z rodzeństwa. Ten, który wydaje się najpotężniejszy z całej Trójki, a waga wskazuje inaczej. Najbardziej przytulaśny, całuśny i miziasty. Ten, który jako pierwszy wypowiedział najdłuższe z słów: Lolilolilo ;] Ten, który dzielnie próbuje opanować trudną sztukę mówienia słowa Baobab. Najbardziej rozgadany, najbardziej roześmiany. Ten, który doskonale wie kiedy psoci, ale wystarczy jedna uwaga, by grzecznie zaprzestał swojej demolki. Największy czyścioch. Każdy papierek, okruszek czy drobiazg zostanie wrzucony do kosza. Po wcześniejszym, dokładnym zamieceniu. Opanowanym zresztą do perfekcji. Z tej okazji Muszka wyposażony został przez Mamę w swój osobisty zestaw sprzątający, bowiem każda rozlana herbata, wylana woda będzie przez Szymcia natychmiast wytarta. Wszystkie zabawki skrzętnie odniesione na miejsce, auta równo ustawione. Gdy któremuś z braci czegoś zabraknie, to właśnie On mu tę rzecz przyniesie. Zawsze pierwszy biegnie do pomocy. Pierwszy staje w obronie, pierwszy próbuje rozwiązać konflikt. Co ciekawe, On doskonale wie czy jest potrzebna Jego interwencja czy jednak przeciwne strony poradzą sobie z problemem same, dlatego czasem niewzruszony odbywającą się aktualnie kłótnią oddaje się dalej swoim zainteresowaniom nie robiąc zupełnie nic. Zdecydowanie najodważniejszy, jako jedyny zdecydował się pójść za rękę z dopiero co poznanym kolegom, zalotnie uśmiechający się do przedstawianych mu dziewczyn. Jedyne czego nie lubi, a wręcz napawa go strachem to... niektóre grające i samojeżdżące auta. Do tego dnia Jego matka nie rozwikłała tej zagadki? Nie jest bowiem prostą sprawą odgadnąć czemu np. jeżdżący walec wywołuje tyle złych emocji u Jej Syna, a wyjąca syrena wozu strażackiego już nie? ;]
Zdecydowanie to będzie świetny kucharz, a co najmniej będzie świetnie gotował dla swojej kobiety, bowiem gdyby tylko mógł spędzałby czas z Mamą w kuchni na przygotowywaniu posiłków, jest tym po prostu zafascynowany. Trudno to jednak pogodzić z jego mocno wyrafinowanym smakiem. Najczęściej jada zupełnie co innego niż bracia. Stroni od surowych owoców, a na warzywa musi mieć naprawdę ochotę. Jak już ją ma, to cały posiłek mógłby się z nich składać. Potrafi zjeść naprawdę dużo i pije zdecydowanie najwięcej. Aktualnie.... wody oczywiście.
I ma taką małą fobię, uwielbia się przeglądać w lustrze. Śmieje się do siebie, gada, a z boku patrząc ma się wrażenie, że On po prostu lubi to swoje oblicze :) niezmiennie najbardziej emocjonalny z braci. Bardzo towarzyski i lubiący czuć się potrzebny.
W każdym calu, niezwykły, mały człowiek. Rokuje dobrze, nie sądzicie? :D
Tymon, pieszczotliwie nazywany Grymon. To taka pochodna Zgrywusa. To człowiek orkiestra. Jego jest wszędzie pełno, dlatego gdy dopada go jakaś infekcja od razu po Nim to widać. Wulkan energii. Największy zaczepialski. Nie da sobie w kasze dmuchać. On zdecydowanie wie czego chce, a jak tego nie ma to sobie... weźmie. Bracia czasem protestują, głośno! ale On jest tym zupełnie niewzruszony. Jego często nawet prośby rodziców nie ruszają. Najpierw udaje, że nie słyszy, a po kolejnym zadanym pytaniu: Czemu to zrobił? Zaczyna dyskusje. Wygląda to trochę tak jakby się kłócił. Długo nie odpuszcza. Często do tego się śmieje. I niewiele sobie robi z tego, że ktoś coś od niego chce. Jak już nie ma wyjścia to z wściekłości, że pokrzyżowano mu szyki zaczyna płakać i kończy swoje "eskapady". Wystarczy wtedy odwrócić Jego uwagę jakimś pytaniem i On natychmiast przestaje. W tych swoich poczynaniach jest bardzo przebiegły. On testuje swoich rodziców, sprawdza na ile sobie może pozwolić i zdecydowanie "przeciąga linę" najdalej. Silny zawodnik. Mama jak o Nim opowiada to mówi, że to taki zawodnik MMA. Serio, mówię Wam :)
Jak na zawodowca przystało, je dosłownie wszystko, spróbuje wszystkiego, jedynie co może go powstrzymać to, tak jak teraz, wyrzynający się ząb, aktualnie rośnie mu ostatnia piątka. Niestety narasta mu dziąsło więc mocno mu to dokucza, ale dzielnie to znosi. 
Jako jedyny ma swojego pluszowego przyjaciela: Sówkę. Nosi ją po domu wszędzie, gryzie i zgniata niemiłosiernie, stąd aktualnie pluszak jest w nienajlepszej formie. Czasem musi być codziennie przez Mamę prany, bo wyglądałby naprawdę kiepsko. W desperacji zakupiono Mu drugi egzemplarz, bo zdarzały się momenty, że Sowa była na szybcika wyciągana z pralki, by Tymek jeszcze z ociekającym wodą pluszakiem mógł iść spać. Mama podziwia determinacje z jaką targa tego swojego pluszaka. Nie ma co, gość ma przechlapane :)
Tymek to ten z braci, który ma najwięcej siniaków, są dni w których jego głowa usiana jest w fioletowo-żółte śliwki, bo właśnie tego dnia postanowił udoskonalić nową figurę. Aktualnie usilnie próbuje stanąć na głowie, naprzemiennie z opanowaniem do perfekcji idealnego mostka. Może i nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie fakt, że On te swoje ćwiczenia uprawia zazwyczaj kilkanaście centymetrów nad ziemią.
Swoją posturą, dość drobną, zaskakuje obserwatorów, którzy nie mogą pojąć skąd w takim małym ciałku tyle siły. Jednym ruchem jest w stanie wywrócić do góry nogami duże pudło z klockami, które jest naprawdę ciężkie. Gdyby mógł przesunąłby rodziców kanapę, próbował! Regularnie przestawia krzesła, a bujanego renifera traktuje jako dobre miejsce do swoich eskapad na wyższe przedmioty.
Buziaka da wtedy gdy poprosisz, nigdy sam. Przytuli się gdy jest Mu źle, ale na co dzień gra twardziela. I zdecydowanie ma największe gilgotki. Mimo, że pęka wtedy ze śmiechu, będzie czekał na więcej i więcej. Uwielbia wszystko co jest szybkie i gdy jest wysoko. Mama ma wrażenie, że w przyszłości pokocha jazdę rollercoasterem. 
Czasem boi się swojej kocicy, jest wobec niej nieufny. Nie to co Jego brat Jasiek. On, bowiem potrafi się do niej przytulić. Obejmuje ją swoimi rączkami. Kładzie na niej swoją główkę i się uśmiecha. Lubi ją.

Jan, potocznie zwany Staśkiem. Najmłodszy, a największy. Od zawsze o centymetr! wyższy ;] taki mały psotnik, jak zauważy, że czegoś nie wolno, a osoba zwracająca Mu uwagę nie będzie stanowcza, On to zdecydowanie wykorzysta. Oczywiście będzie miał przy tym niezłą zabawę. Jakby mógł to pewnie cały dzień spędziłby noszony na rękach. Nie ma zmiłuj gdy nie chce Mu się dalej iść, albo Go weźmiesz albo usiądzie Ci tam gdzie aktualnie stoicie. Zatem bywa ciekawie. Zdecydowanie biega najszybciej. Jest bardzo bystry, znajdzie wszystko o co poprosisz. Szybko łączy fakty. Dla odmiany natomiast najczęściej się boi, przy pierwszym kontakcie bardzo nieufny, nowe miejsca wywołują u niego płacz, zdecydowanie potrzebuje czasu na oswojenie się z nowym. Jest takim obserwatorem, jak się Mu ktoś nie spodoba, to lepiej niech się nie zbliża. Woli zachować dystans. Przez pewien czas, gdy spacerował, obawiał się nadjeżdżających aut, ale zachowanie to pojawiło się tak nagle, że nim Mama zdążyła znaleźć przyczynę, On przestał się bać.
Stasina zdecydowanie kocha wszelkiego rodzaju układanki, kolejne puzzle rozkłada w trymiga. Łączenie nie stanowi dla Niego żadnego problemu. Mógłby dopasowywać elementy do siebie godzinami. Świetnie idzie mu składanie i rozkładanie na części koparki. Przeszedł już na wyższy level, zaczyna nią wozić przedmioty. Czyta książki najgłośniej, domaga się ciągłego wyjaśniania wskazywanych palcem przedmiotów. Zafascynowany nowymi słowami, lubiący liczyć. Zdecydowanie najgłośniej piszczący i najczęściej. Wręcz uwielbia być smyrany po policzkach gdy zasypia. Masz pewność, że za chwilę będzie w objęciach Morfeusza. Odwzajemnia dotyk dotykiem. Gdy jest miziany, smyra dłoń miziającego. Gdy jest noszony, bawi się włosami noszącego. Lubi być przytulany. 
To zdecydowanie największy smakosz kiszonych ogórków. Najsprawniej operuje łyżeczką. Świetnie wychodzi Mu także karmienie braci. Od dwóch tygodni zakochany w... bułce. Właściwie mogłaby ona zastąpić Mu wszystkie posiłki, no poza białym serem, którego potrafi zjeść na raz naprawdę dużo. W przeciwieństwie do Tymka, nie ruszy usmażonych jajek, a dżem z czarnego bzu liźnie.
On uwielbia być chwalony. Ma się wrażenie, że za punkt honoru stawia sobie, by to co aktualnie robi, sprawiło przyjemność osobom przebywającym razem z Nim. Gdy usłyszy pochwałę lekko opuszcza głowę, niby skrępowany, ale z drugiej strony widać jak podgląda czy będzie pochwał więcej. Aż po chwili wybucha radosnym śmiechem. Od pewnego czasu lubi spacerować z braćmi za rękę, a podczas zabaw potrafi podejść i się do Nich przytulić, co często powoduje zaskoczenie, zmieszanie, a później uśmiech u rodzeństwa.
Czy to niesłodkie? :)

Jak widzicie, Tacy wspaniali mężczyźni mieszkają tu, niedaleko. Zatem nie dziwcie się, że bywa u Nich głośno, gwarantuję, że wtedy trwają u Nich wyścigi. Ilość posiadanych przez Nich aut nadawałaby się na wyposażenie dobrego salonu samochodowego. Od dłuższego czasu dźwig i koparka są numerem 1! Już nawet traktor zszedł na drugi plan. Stąd czasem słychać dochodzące z Ich domu stukania i warczenie. Krzyk, który słyszysz to oznaka radości. Śmiech, że zabawa trwa na całego. Piski, że znowu Ktoś był pierwszy na mecie. 
Gdy jednak z Ich domu nie dobiega żaden dziecięcy głos, cisza aż świszczy Ci w uszach, to wiedź, że chłopaki jedzą "pulpę"* i na bank w tle lecą "Pogodusie" :)


* Pulpa - tak chłopaki nazywają kaszkę mannę lub kaszkę kukurydzianą, którą obowiązkowo muszą zjeść na podwieczorek. Najlepiej gdy jest taka gęsta, że aż łyżeczka w niej stoi. Niedługo osiągną litr zjadanej pulpy dziennie. I koniecznie ugotowanej na mleku UHT :) zatem przydałaby mi się w mieszkaniu.. krowa :)


....a co zatem z drugą rocznicą bloga?


Ci, którzy wytrwale zaglądają tutaj od początku wiedzą, że z podsumowaniami u Mnie kiepsko, poczytne teksty wyskakują przecież na blogu same?! ;] 

Rok temu było TAK! Wiele się wtedy działo, dużo fajnych tekstów powstało, tak myślę?! Szczerych do bólu. Co nie oznacza, że miniony rok nie był podobny, jednak inny. 
Wielokrotnie podkreślałam Wam jak ważna jest dla Mnie indywidualność wieloraczków i jak trudno mi zrozumieć chęć rodziców i otoczenia do upodabniania ich do siebie, stąd tekst Oni chcą być sobą. Powinnam Wam tutaj wyjaśnić, dlaczego pewnego dnia usunęłam z bloga wszystkie zdjęcia chłopaków, ale... jak widać nie zrobiłam tego już dłuższy czas, a Wy to uszanowałyście to po co to zmieniać?
Ważne dla Mnie teksty, te które sprawiły, że naprawdę poczułam, że ten blog może być "tym" pamiętnikiem to bez wątpienia:

Wartość sentymentalną, nie mieszczącą się w żadne ramy mają dla Mnie posty z okazji imienin Moich ukochanych mężczyzn:

Ważne momenty, do których chciałabym wrócić przy okazji tej rocznicy to zdecydowanie posty informujące o tym, że stoimy i chodzimy. I oczywiście posty z okazji pierwszych urodzin chłopaków: Gwiazdka z nieba i Roczek.

Jak wiecie cały zeszły rok upłynął Nam pod znakiem "ząbkowania", dlatego poświęciłam temu duuuużo uwagi. Właściwie przez każdy post przewinął się temat zębów. Nie mogłabym przecież o nim nie wspomnieć, tym bardziej że aktualnie zaatakowały Nas "piątki". Wrócić możecie do tych postów tu i tu.
Na koniec jeszcze przypomnę Wam zabawny post o potworze , a jako "wisienkę na urodzinowym torcie" umieszczę Nasze wakacje!

...a czego będę sobie życzyła na kolejny rok blogowania? 
....żebyście z Nami Kochane były!
Ściskamy, 
Kaśka z Oskami!

23 lutego 2017

Alternatywa dla pączków - faworki migdałowe*

...a niech będzie, post kulinarny proszę, TADAAAM!


Taki z przymrużeniem oka, ale smaczny, obiecuję :) jeśli jak ja wolicie w Tłusty Czwartek zajadać się chrustami, a pączki zostawiacie sobie na drugie śniadanie w pracy to przepis, który ładnych parę lat temu odkryłam, powinien Wam się spodobać. Chyba nigdy nie napisałam Wam, że ja wręcz uwielbiam gotować i piec. I odkąd mój dzień unormował się na tyle, że oprócz obowiązkowego obiadu dla chłopaków znalazłam w końcu czas na gotowanie dla Nas praktycznie nie wychodzę z kuchni. Dla przykładu, w minionym tygodniu był taki dzień, że ugotowałam 3 różne obiady, zastanawiacie się pewnie czemu, a taka zaistniała potrzeba: dwa obiady dla Nas i jeden nazwijmy go "na wynos" :) ale nie o tym miało być, wróćmy do faworków. 
Od kilku ładnych dni zasypują Was pewnie przepisy na najlepsze pączki świata. Faworki jakoś są w mniejszości, zatem śpieszę Was zapewnić, że poświęcony na ich przygotowanie czas, zaowocuje wyjątkowymi doznaniami kulinarnymi.
Chruściki, bo tak kojarzę z dzieciństwa faworki. Kruchutkie, cieniutkie, przeplatane, wykręcone "ciasteczka" z obowiązkową warstwą cukru pudru. Jedyne co mogłoby zepchnąć je na drugie miejsce to racuchy, ale takich jakie miałam przyjemność jeść w przedszkolu, już nigdy nie uraczyłam. Do tej pory pamiętam jak w dniu, w którym kucharki smażyły je dla Nas, wymykałam się z sali zabaw i ukradkiem zaglądałam do kuchni, by dostać jednego racucha więcej... mniam! Ja nawet teraz czuję ich smak i zapach, heh..
Faworki, o których mowa, są nietuzinkowe, bo w składzie mają zmielone migdały, więc jeśli tak jak ja, uwielbiacie te oleiste orzechy, to idealny deser dla Was. Jeśli do tego cenicie sobie kruchość i ważne jest dla Was, by były one cieniutkie jak papier to zdecydowanie musicie je przygotować w domu dla najbliższych. Gwarantuję, że będą zachwyceni :)

Potrzebujecie:
  • 6 żółtek (spokojnie wystarczą 4, gdy macie duże jaja;])
  • 6 łyżek kwaśnej śmietany (ja miałam w domu 18% i takiej użyłam)
  • 5 dag mielonych migdałów
  • łyżka spirytusu (nie dodałam ani kropli, bo chciałam, by spróbowali chrustów chłopcy, chociaż jak się teraz nad tym zastanawiam to nigdy go wcześniej nie dodawałam, bo go zwyczajnie nie mam, a faworki zawsze wychodziły)
  • łyżeczka aromatu migdałowego (użyłam waniliowego i cytrynowego!, bo takie były pod ręką :)
  • 25 dag mąki (tyle wrzuciłam ucierając ciasto, ale sporo mąki zużyłam wyrabiając je, a później wałkując)
  • 1 l oleju (tak mniej więcej, zależy jak wypieczone faworki lubicie i jak szybko będziecie je obracać czy wyjmować)
  • cukier puder (wg. uznania)
  • sól (szczypta)

I zaczynamy:
Żółtka, śmietanę, migdały, aromat i szczyptę soli ucieracie na jednolitą masę. Ja używam mojego niezastąpionego robota kuchennego, który to uciera mi ciasto, a ja dorzucam mu tylko składniki. Jeśli takowego nie macie to pozostaje Wam ucieranie ręczne w misce, ale to także nic trudnego, składniki ładnie i szybko się łączą. 
Do utartej masy dodajecie mąkę, którą dobrze będzie jak przesiejecie przez sito. Jak składniki się połączą, wykładacie ciasto na stolnicę, wcześniej oprószoną mąką. Ja stolnicy nie posiadam, dzień wcześniej wyrzuciłam, a od czego w  końcu jest blat kuchenny? Uprzedzam obawy, ciasto będzie bardzo wilgotne, to zasługa migdałów, zatem przy wyrabianiu ciasta na blacie będziecie tą mąkę podsypywać i podsypywać, aż ciasto przestanie Wam się lepić do rąk. Jak już uda Wam się ulepić z niego kulę to z premedytacją, przypominając sobie kto Was ostatnio mocno wkurzył, po uderzajcie wałkiem w ciasto, energicznie z 2 minuty, złość przejdzie momentalnie, a ciasto będzie gotowe. Owińcie je w pergamin/folię i włóżcie do lodówki na 30 min. 
I tu taka mała dygresja, uwielbiam tarty i nigdy nie chciało mi się ciasta na tartę schłodzić, bo chciałam tę tartę zaraz zjeść, a nie czekać aż "zmarznie", a kluczem do sukcesu właśnie jest ten czas gdy ciasto trochę od nas odpocznie i się właśnie schłodzi. Widać różnicę w kruchości, sprawdzone!
I wracamy do naszych faworków. Ciasto zimne, Wy w tym czasie ogarnęłyście sajgon po jego wcześniejszym przygotowaniu i na nowo możecie pobrudzić blat. Pozostaje Wam zatem rozwałkować je na posypanym mąką blacie/stolnicy. Ja preferuje cieniutko i tak Wam zalecam, ale co do długości i kształtów to już zostawiam Waszej inwencji. Moje chruściki nic się mają do sklepowych, są "wariackie". Jedne krótsze, inne dłuższe, jedne mają pętelkę na środku, inne przy prawym bądź lewym końcu, szczerze to mało mnie to obchodzi, bo i tak wszystkie zjem!
Dla tych z Was, którzy jednak faworki będą robili po raz pierwszy, to podpowiem, że rozwałkowane ciasto kroi się na pasy, ok 3 cm szerokości, a je natomiast tnie na krótsze paski, a w nich, po środku robi przedziałek. I jeden z końców przekłada przez środek i tak powstaje Wam faworek! Banalne? W dzieciństwie nie było to takie oczywiste ;]



Jak się już tak na wałkujecie, na kroicie, na przewlekacie, przyjdzie czas na smażenie. Rozgrzany olej i siup. Ja dłużej trzymam na jednej ze stron, gdy widzę, że ciasto jest już rumiane, przerzucam na drugą stronę, dosłownie na chwilę i wyciągam. Odsączam na ręczniku papierowym, a jak ostygną, oprószam grubą warstwą cukru pudru.

Chrustów wyjdzie Wam tak dużo, że Was zemdli gdy zdecydujecie się zjeść je sami :) ja obdarowałam nimi najbliższych, a i tak w domu mam jeszcze górkę.

Zatem nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam SMACZNEGO!

PS. Dajcie znać czy Wam te faworki smakowały, a może podzielicie się przepisem na racuchy, plisssss..... zrobiłabym je z radością w nadchodzący weekend :)


*Przepis pochodzi z Książeczki kulinarnej "Moje gotowanie" nr specjalny Karnawał 1/2010

13 lutego 2017

Szpital, w którym rodziłam...

Byłam tam, po niespełna dwóch latach. Ta sama izba przyjęć, te same panie rejestrujące... Drzwi do pokoju, w którym wykonano pierwsze badanie, gdy pokazywałam na brzuchu, w którym miejscu przykładać słuchawkę, bo tam są moje serduszka. I ten regularny dźwięk Ich bicia. Byłam Tam, gdzie usłyszałam: "Wody zaczęły się sączyć, trzeba przerwać ciąże..." I moje błagalne pytanie: "Czy nie możemy poczekać?"

Jechałam tą samą windą, właśnie nią, tą w której zdarzało mi się płakać... W tej, w której na chwilę zostawałam sama, ze swoimi myślami, gdy z jednego piętra chciałam dotrzeć na drugie, by tym samym korytarzem, którym szłam teraz, wtedy jak najszybciej dojść do swoich dzieci... Byłam na tym samym piętrze, lecz na innym oddziale, a wspomnienia mimo to wróciły...

Nie sądziłam, że to w ogóle jest możliwe... Byłam przecież w tym szpitalu już kilka razy z chłopakami, na kontrolach, w poradniach... Byłam i było spokojnie.... może dlatego, że wiedziałam, że tym razem wszyscy wrócimy do domu? Teraz jednak było inaczej, bo byłam tak sama. Oni spokojnie spali w domu, a ja znowu byłam w tym miejscu SAMA. Dziwne uczucie... Miałam wrażenie, jakby cofnął się czas, jakby wszystko działo się wczoraj...

Już pierwszego dnia jak tam byłam, spotkałam ją. Tę, która stanowczo zabroniła Nam wjechać wózkiem na badanie, która oznajmiła, żebym została z dziećmi za drzwiami, a mąż wszedł z synem.... oczywiście, że sprowadziłam panią na ziemię, uświadomiłam, że stanowimy rodzinę i nie ma opcji, że nie będę przy badaniu syna czekała na zewnątrz! Mam w d... procedury i sanepid, którym pani się zasłaniała, jestem mamą trojaczków i skoro podejmują się opieki nad dziećmi z ciąż mnogich mają obowiązek zapewnienia nam takiej samej opieki jak każdej innej rodzinie...
....patrzyłam też na tabliczkę z napisem: Neonatologia. I przypomniała mi się ta sala, te sale, pełne inkubatorów, a w nich te wszystkie maluszki. Pamiętam i mamy w piżamach, zgarbione, wycofane, próbujące pojąć co się właściwie stało. Pamiętam dzieciaki. Pamiętam chłopczyka, całego w gipsie... Pamiętam jak płakał... był taki malutki...
..pamiętam ten płyn do dezynfekcji rąk, jak mantrę powtarzane ruchy dłoni przy każdym myciu, zanim weszło się na salę, i pamiętam tę skórę na dłoniach, wysuszoną, spierzchniętą, swędzącą od tego płynu...
...i ten dźwięk, gdy jakiś dzidziuś zaplątał się w podłączone kable, a maszyna zaczynała wyć... pamiętam jak wtedy wszyscy zgromadzeni rodzice... zamierali na ten ułamek sekundy, który wtedy wydawał się wiecznością i to uczucie, gdy okazywało się, że  to był fałszywy alarm...
Pamiętam słowa rezydentki, która opiekowała się moim synkiem: "Było ciężko, z trudem go ustabilizowaliśmy..." Pamiętam ten szok, pamiętam, ten fizyczny ból, że mnie przy nim wtedy nie było... I ten brak odwagi, by zapytać o jeszcze więcej, chociaż znałam wszystkie szczegóły...
Dlaczego nie wypisałam syna? Dlaczego nie złożyłam skargi?
Boże, myślałam, że to już za mną....
To było straszne.... wszystko... ten ból po cięciu, pamiętam jak cholernie wtedy ciągnęło i naprawdę mam w d... opinie tych, którzy za poród uznają tylko ten o własnych siłach, pamiętam nawet słowa salowej, że jak będę tak leżała, to mi się zrosty porobią. Jak teraz o tym myślę, to nadal nie pojmuję, jak ci wszyscy ludzie mogą mieć styczność z pacjentami? ...a ta historia z laktacją, a to ciągłe ocenianie? To wymaganie, że pacjent musi, powinien i najważniejsze tego i tego nie może. Nic mu się nie należy! 
I wiecie co, najgorsze jest to, że po takim długim czasie, tam się nic nie zmieniło :( na prośbę o wyjęcie wenflonu pacjentce, usłyszałam od pielęgniarki siedzącej w dyżurce, by pacjentka przyszła sama, a gdy odpowiedziałam, że jest słaba i nie da rady podejść, usłyszałam wypowiedziane z oburzeniem w głosie: "dobre żarty". Oczywiście, że kulturalnie zmobilizowałam panią do ruszenia swoich czterech liter, ale proszę was, to naprawdę musi tak wyglądać?
Wstawione nowe okna, zamontowane nowe drzwi, odmalowane ściany, zmienione kafelki, i co z tego? To nic nie da, póki nie zmieni się tam mentalność...

18 stycznia 2017

Dopiełaś swego, powiem Ci prawdę!

Powiem Ci to, co Ty uważasz za pewnik. Przytaknę, by spało Ci się lepiej. Zaspokoję Twoją ciekawość, przyznam Ci się i dam Ci satysfakcję, żebyś była już pewna. Nikt już nie będzie mógł Ci nic wmówić. Twoje, będzie na górze. Już będziesz mogła czerpać radość z tego, że teraz już wiesz. Że miałaś rację.

Zacznę więc od początku, jeśli w ogóle tak można?
Masz rację, zawsze sądziłaś właściwie, bezwzględnie się z Tobą zgadzam, MAM LEPIEJ!

To Ja od chwili gdy dowiedziałam się o ciąży, mnogiej i to jakiej?! To ja, nie Ty! drżałam z obawy o zdrowie i życie moich dzieci, o każdy kolejny dzień, o każdą godzinę dłużej w moim brzuchu. To Ja musiałam jeść za czworo, leżeć godzinami, to na Mnie musieli uważać najbliżsi, bo to Ja byłam w ciąży wysokiego ryzyka. To mnie bombardowano niezliczoną ilością drażniących pytań: czy to in vitro? Jak będę rodzić? To Mi regularnie odbierano tymi pytaniami prywatność, ograniczano intymność, która Tobie była po prostu dana, bo pod sercem nosiłaś jednego dzidziusia. Jednak masz rację, niech stanie na Twoim, Mi było lepiej! Ulżyło Ci?
Mnie ciąża nauczyła cierpliwości, pokazała czym jest nadzieja i dała ogromną siłę, a Tobie? Poród w terminie? Dziecko przy piersi? Mi było lepiej, tak!
To nikt inny tylko Ja umierałam ze strachu, kiedy przez pierwsze 6 tygodni Ich życia nie mogłam mieć Ich wszystkich razem przy sobie. I to uczucie rozdzierające serce na drobne kawałki, gdy tuliłam już Jasia, a Tymon walczył o życie. Ale tak, to dla Ciebie, Ja nawet wtedy miałam lepiej. I kiedy rano budziłam się i patrzyłam na puste łóżeczka, kiedy ze zmęczenia enty raz zakładałam na siebie to samo, bo ważniejsze było dowieść na czas mleko, a ty spokojnie tuliłaś swe dziecko w ramionach, to Ja nadal miałam lepiej. I mimo to, że pierwsze tygodnie Ich życia spędzili w obskurnym szpitalu, a jedynym kontaktem ze światem był przyniesiony przeze mnie zapach, to nic w porównaniu z tym, że Ty już od tygodni chodziłaś z dzieckiem na spacery, bo to Ja miałam nadal lepiej.
I kiedy byli już w domu, kiedy w końcu! poczułam się jak Ty, a mój trud nadal nie zmalał, nadal uczyłam się opieki, opieki nad wcześniakiem, nadal drżałam, gdy spali, bo tu już nie było medyków, a Ty wtedy spokojnie już spałaś, ale... To Ja miałam lepiej.
I to, że ilość czynności przeze mnie wykonywanych, dokładnie tych samych, które wykonujesz i Ty, mnożę razy trzy, to nic, bo Ja mam lepiej. Zawsze to wiedziałam, ale dopiero Ty pokazałaś Mi to wprost, dopiero Ty zmusiłaś mnie, bym w końcu przyznała Ci rację i dała Ci szansę narzekać. Bo Mi było i jest lepiej, a Tobie jest trudniej, we wszystkim...
I mimo, że większość tych Naszych czynności nie różni się niczym od siebie, to ciągle słyszę od Ciebie, że Mi dobrze, że mam lepiej.
I jeśli o to chodziło, jeśli to sprawi byś w końcu skupiła się na tym co ważne, to proszę, odpowiadam: Jest Mi lepiej, mam dobrze!
I też dlatego, że to Ja przez pierwsze miesiące Ich życia, by wyjść na chwilę na spacer, potrzebowałam przynajmniej jednej pary dodatkowych rąk do pomocy i wiary, że i tym razem udźwignę swój wózek, a Ty w tym czasie, niczym łania, zbiegałaś schodami, a za Tobą Twój malec i tylko mówiłaś, że teraz to nic, zobaczę dopiero jak zaczną chodzić, jak będzie Mi wtedy trudno. I zobacz, jest "później", a Ja nadal Mam lepiej!
I to nic, że bolą Mnie plecy gdy wstaje rano, i że muszę się kłaść kiedy mam wolną chwile, bo to Mi jest lepiej!
To Ja mam lepiej, też dlatego, że moje dzieciaki mając 20 miesięcy śpią w ciągu dnia, a Twój syn odkąd skończył dwa lata nie chce się w dzień kłaść i wciąż mi o tym przypominasz, więc tak, to Ja mam lepiej. I nawet nie chce mi się wspominać, że to Ty śpisz w nocy od wielu miesięcy, nie 4 a 8 godzin, bo i tak nic nie zrozumiesz, Ty doskonale wiesz, wyrobiłaś sobie zdanie, Ja mam lepiej.
..a o tym nawet nie powinnam pisać, bo to wstyd i nie wolno tak nawet myśleć, a co dopiero mówić, ale skoro padło to z Twoich ust, a we mnie siedzi jak drzazga to powiem Ci, że mam lepiej też dlatego, że moim chłopcom chce się biegać, chodzić po dziurach, a wózek Ich nudzi, bo tego, że Ty narzekasz, że On chce chodzić, a nie chce jeździć już w wózku, nigdy, przenigdy nie pojmę??!!!!!!
Ja za to dziękuję, po stokroć! za to i wiele, wiele innych rzeczy, które dzięki chłopcom mnie spotkało, dziękuję za każdy Ich oddech, za każdy śmiech, za każdego kuksańca, nawet za kłótnie, przepychanki, bo wiem ile pracy to gdzie teraz Jestem od wielu, ode mnie wymagało.
I tak Moja Droga, Mam od Ciebie lepiej! 
Wiedź to. Potwierdzam to, co za każdym razem widzę w Twoich oczach! Mam dobrze, jest Mi lżej niż Tobie. To w końcu Ja mam bez przerwy pomoc najbliższych, i to Ja mam nianię. No mam, płacę jej za to gdybyś nie wiedziała, ale dla Ciebie i tak mam lepiej, a to już fakt. Może podpowiem, nikt Ci nie broni mieć swojej!
Mam męża, jak Ty, i może Cię to zaskoczy, bo On nie boi się dziecięcej kupy, potrafi przewinąć i przebrać, nakarmi, wykąpie, ulula. Codziennie, niezmiennie od wielu tygodni, a wtedy kiedy Ty "skonana" po całym dniu z dzieckiem wtulisz się w ramiona swojego męża, który do domu wrócił z pracy o 16-tej, mój eM ucałuje chłopaków i pojedzie pracować dalej. Wróci o 2-ej czy 3-ej nad ranem, by o 6-ej czy 7-ej być znowu Super Tatą dla swoich dzieciaków. I to, że Ja w tym czasie będę sama, z gorączką, z ząbkowaniem czy bólem brzuszków nadal będzie dla Ciebie znaczyło, że mam lepiej. Bo mam Kochana, mam!
Potwierdzam Ci, mam tak jak od zawsze podejrzewałaś, mam od Ciebie lepiej!
I to nic, że eM widzę kilka godzin w tygodniu, a dopiero w weekendy wiem co oznacza czas spędzony z rodziną! I to nic, że mój kręgosłup jest w gorszym stanie niż u niejednego 50-latka i to nic, że zmęczenie mam już we krwi, bo wiedź Kochana Miałam i Mam od Ciebie lepiej!
Nie wiem czy powinnam Ci współczuć, czy może coś Ci poradzić, ale z takim podejściem do macierzyństwa, do dzieci, Ja nigdzie bym nie dotarła. Może to zazdrość mąci Ci w głowie mieszając priorytety? Nie ważne, dobrze, że Nie Jestem Tobą!
Ja mam swój Cud i Ty masz swój, ale dzieli nas przepaść w postrzeganiu świata! Ja nie mam czasu marudzić jak Ty, narzekać na każdym kroku, Mi na to szkoda czasu! Dlatego sprawię Ci tę przyjemność i ten jeden raz pozwolę Ci myśleć, że we wszystkim masz rację.

Ja mam zwyczajnie lepiej!

15 stycznia 2017

Noc 13-go

Ile czasu minęło odkąd przespałam całą noc? Ile to dni, miesięcy? Lat!? Zadziwiające, że tego nie pamiętam, nie liczę. Najpierw była ciąża, teraz są Oni. Nie zwracam uwagi na to, że trzeba w nocy wstać. Nie zastanawiam się czy to już czwarty, trzeci czy może dopiero drugi raz. Czy to wybiła właśnie północ czy już jest czwarta nad ranem? Teraz to jest tak naturalne, jak oddychanie. Można powiedzieć: rutyna? Na pewno to moja codzienność. Od dawna.
Przeczytałam w temacie snu niemowląt dużo, chyba? Dużo ciekawych rodzicielskich doświadczeń, padło w nich wiele propozycji jak usystematyzować ten nocny czas. Spróbowałam wielu rzeczy, począwszy od zmiany posiłków w ciągu dnia, bo one też mają wpływ na zdrowy sen, kończywszy na zmianie kołderek czy piżam. I szczerze Wam powiem, większych różnic nie zaobserwowałam. Łóżeczka w pokoju chłopaków stały już w takich kosmicznych konfiguracjach, że odwiedzający Nas zaczęli się gubić, który z chłopaków gdzie powinien kłaść się na drzemkę w ciągu dnia :) Byłam już skłonna zainwestować w nowe materace, bo internetowe fora trąbiły, że nasze są beee.... Jednak byłam cierpliwa, jak ze wszystkim zdałam się na czas. Już wielokrotnie w swoim multimacierzyństwie przekonałam się, że na wszystko przychodzi właściwa pora. I niewiele z tego co sprawdza się w przypadku jednego brzdąca sprawdzi się w multidomu ;] I to, że brzdąc sąsiadki odkąd skończył pól roku śpi w swoim łóżeczku od wczesnych godzin wieczornych do samego rana nie jest równoznaczne z tym, że synek koleżanki z pracy będzie równie spokojnie spał do rana. Każde dziecko, bowiem jest inne, a tylko my, rodzice, mamy taką tendencje do porównywania naszych dzieci, niestety. I doszukiwania się, nazwijmy to "nieprawidłowości". Zapewne często słyszałyście i nie jestem w tym odosobniona, że "mój, to śpi już od 3 miesiąca sam, a mój tylko kiedy jest z nami w łóżku, a my to nigdy nie mieliśmy kłopotu z jego snem", itd. Te zdania, jak zapewne same wiecie, sprowadzają się do wielu innych kwestii związanych z macierzyństwem, ale o tym, może kiedyś, w innym poście. 
...bo dziś chciałam Wam napisać, z pełną świadomością, że może to był tylko raz, i to była tylko ta jedna noc, i zaraz okaże się, że będzie powtórka z pobudek... One w końcu są dla mnie takie naturalne ;)
..ale do rzeczy. Dokładnie wczoraj (chociaż patrząc na zegarek już przedwczoraj), 13-go w piątek (może dlatego, że tak lubię ten dzień, a los lubi być przewrotny) minęła nam cała noc, calusieńka, na spaniu. Obudziłam się dopiero rano. 
Nie byłam nikomu potrzebna. Nikt nie płakał, nikt nie chciał się tulić, nikt nie krzyczał przez sen. Nikt nie był głodny, nikomu nie chciało się pić. Pielucha nie uwierała. Było cicho, spokojnie, sennie. Jakie zatem było moje zdziwienie, gdy obudzona głośnym wołaniem spojrzałam na zegar, a na nim 6:22! Przetarłam oczy ze zdumienia. Do tej pory, zastanawiam się czy aby na pewno nie wstawał w nocy eM? On uparcie zaprzecza. I pewnie już dziś okaże się, że to był wyjątek, ta przespana ciurkiem noc. Pewnie to taki "zbieg okoliczności" ;) ale czy to ważne? Wyspałam się, chociaż w sumie to nie. Zapomniałam jak to jest, więc się rozespałam i skłonna byłabym powiedzieć, że byłam skołowana przez pierwszą część dnia tą zmianą. I chociaż zdarzały się noce gdy tylko jeden z chłopców budził się, i ku zdziwieniu wielu pytających, pozostali słodko dalej spali, zawsze istniała obawa, że jednak się obudzą. Moja natura i w tych momentach odnajdywała dobre strony tej sytuacji, nie było mi przykro i żal, że on nie śpi, a mógłby, bo jego bracia śpią. I w sumie i ja mogłabym spać... Mnie za to cieszył fakt wspólnego spania. Nie wiem jak Wy, ale mi możliwość wtulenia się w ciałko śpiącego niemowlęcia sprawia ogromną przyjemność. To z jakim spokojem dziecko śpi, jak jego rączka oplata mi szyję, a noga wciska się w bok, jak potrafi zwinnie poruszać się między dorosłymi spychając nas na boki jest fascynujące. I ten widok rano, gdy wtulone w twoją poduszkę słodko śni. Czasem miałam nieodparte wrażenie, że chłopcy robią to jakby specjalnie, bo to jedyny czas tylko dla Nas. Dla mnie to także czas, którego tak bardzo brakowało mi w pierwszych dniach Ich życia. W pierwszych miesiącach, w których najważniejsze było ich bezpieczeństwo, monitorowanie snu niż moje zaspokojenie matczynych potrzeb.

Czas pokaże ile jeszcze przed Nami nocy z pobudkami, a może już większość przespanych? Człowiek jest przecież w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, a u Was jak to wygląda dziewczyny? 
Od kiedy Wasze bąble śpią słodko całą noc? Może macie jakieś patenty? A może to kwestia tego, że od zawsze śpicie razem i Wasz brzdąc czuje się bezpieczny? Może jest tam jednak mama, której dzieciaki codziennie, od wielu miesięcy wstają co noc? Dajcie znać jak u Was wyglądają noce?